minął rok od mojego powrotu z nyc...
i czuję się dziwnie... był to jeden z najtrudniejszych okresów mojego życia, cała ta pozytywna energia która miałam w sobie, wracając z nowego jorku, gdzieś wyparowała, przechodziłam przez stany na pograniczu depresji, miotając się w polsce, nie mogę odnaleźć tutaj dla siebie miejsca, byłam raptem na ilu?? 3-4 castingach? I nie widzę prespektywy na kolejne... a statystowanie odpada, za bardzo się szanuję, swój talent, aby za marne 45zł pracować. można to uznać za zarozumiałość - i don't care!!
co gorsza wiem jedno, że jeśli nie ruszę swojego tyłka to ten rok przekształci się w kilka lat.. albo i dłużej. oczywiście zdaje sobie sprawę, że mogę kariery nie zrobić ale to chyba nie o to chodzi, ważne jest aby gonić tego króliczka, a nie go złapać?!
a co mnie motywuje, iz nie przestaje marzyć? to iz totalnie obcy mi ludzi z roznych zakatkow swiata mowili mi jestes dobra, rob to dalej, nie poddawaj sie, masz niezly warsztat i to sprawia, ze pomimo tego iz moi wlasnii rodzice nie dokonca zdaja sobie sprawe, jak wazne sa dla mnie te marzenia i czasami robia sobie z tego zarty, ja nie przestaje walczyc, choc czasami jest to jedynia walka wlasnych mysli to wiem, ze za chwile wstane i zrobie kolejny krok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz